Prawo do narzekaryzmu
Kilka dni temu wracałam do kraju z Norwegii. Już na lotnisku w Oslo wiedziałam, że jestem blisko domu. Rozmowy prowadzone po polsku, łatwe do odróżnienia, rodzime twarze, polskie ubrania.
W samolocie naprawdę poczułam się już jedną nogą z powrotem w kraju. Sąsiadka była bardzo skora do rozmowy.
- Pani z Warszawy, czy gdzieś dalej?- zagadnęła, ale zanim zdążyłam nabrać oddechu, by odpowiedzieć, już kontynuowała. – Bo ja z Łodzi jestem. Mąż po mnie wyjedzie na lotnisko. Skandal, że w Łodzi nie ma porządnego lotniska i że samoloty do Oslo nie latają. Tak to u nas w kraju jest, dziadostwo zwykłe. W Norwegii to mają chyba tysiąc lotnisk, a u nas co? Nic. Tylko bród i smród. Taki Dworzec Centralny na przykład. Ja do Łodzi pociągiem nie wrócę, bo strach na tym dworcu nawet pięć minut stać.
Mogłam powiedzieć, że Norwegia musi mieć więcej lotnisk niż Polska, bo z racji ukształtowania terenu odległości ocenia się tam nie w kilometrach, a w godzinach jazdy samochodem (lub lotu samolotem). Poza tym potomkowie Wikingów mają za co budować kolejne lotniska, odkąd odkryli złoża ropy i gazu, dzięki czemu stali się jednym z najbogatszych narodów Europy. Mogłam powiedzieć, że na Dworcu Centralnym bywam średnio kilka razy w tygodniu i jeszcze nikt mi tam głowy nie urwał. Mogłam. Zdawałam sobie sprawę, że sąsiadce nie chodzi o dialog. Po prostu przeprosiłam grzecznie, założyłam na uszy słuchawki i włączyłam muzykę.
Narzekaryzm. Gdyby stał się dyscypliną sportową, mielibyśmy duże szanse na zdobywanie tytułów mistrzowskich. W narzekaryzmie wiele złego nie ma, czy jest konstruktywny, czy nie. Poprawia chwilowy nastrój lepiej niż kawałek czekolady, o ile znajdziemy zrozumienie w oczach odbiorcy lamentów. Sama lubię czasem ponarzekać. Że za dużo pracy, za mało płacą, że synek spać nie chce, że pada...
Zupełnie czym innym jest narzekaryzm polityczny. Utyskiwanie na brudne, niebezpieczne dworce, dziurę w chodniku, brak lotniska, basenu czy biblioteki to już wyższa szkoła jazdy. Żeby móc się poużalać, trzeba mieć do tego prawo. A moim zdaniem ma je tylko ten, kto w jakikolwiek sposób przyczynił się do nadania mandatu władzy. Gdybyśmy mieli bezpośrednio przekazywać część zarobionych pieniędzy wybranej osobie, która ma je wykorzystać w celu jakiegoś wspólnego dobra, zastanowilibyśmy się piętnaście razy nad jej wyborem. Zadalibyśmy jej dwieście pytań przed włożeniem gotówki do ręki. Jaki ma być człowiek, któremu powierzę moje pieniądze, wierząc, że dobrze je rozdzieli między policjantów, nauczycieli, drogowców, samotnych rodziców, starców, bezdomne zwierzęta, animatorów kultury i cały szereg innych osób? Hmmm...
Wykształcony, kompetentny, racjonalny, a jednocześnie wrażliwy, uczciwy, praworządny. Ideał. Czy istnieje? Nie sądzę. To nie znaczy, że nie należy się rozejrzeć wokół i sprawdzić, czy aby nie ma kogoś, kto choćby w części będzie odpowiadał rysopisowi. Dzisiaj to szalenie łatwe, bo kandydaci na samorządowców sami pukają do moich drzwi z ulotkami. Nic prostszego od zaproszenia na herbatę i zrobienia krótkiego egzaminu. Nawet ciekawa rozrywka na długie jesienne wieczory.
Ponarzekać jest miło. Jednak kiedy narzekam na brak domu kultury z prawdziwego zdarzenia, zakorkowane drogi, mierne lokalne radio, to w istocie narzekam na siebie. Ode mnie zależy komu dam prawo do podejmowania decyzji w moim imieniu. Kiedy „mój” samorządowiec pokpi sprawę, mogę złorzeczyć na niego. Jeśli on przepadnie w głosowaniu, mogę spokojnie narzekać na decyzje tych, których wybrali inni. Prawa do narzekania nie ma tylko ten, kto palcem w bucie nie kiwnął i w dniu głosowania wolał oglądać „Familiadę”.
Bardzo trudno jest uwierzyć, że coś od nas zależy. W długotrwałym i skomplikowanym procesie samorządnego zarządzania gubią się gdzieś skutek i przyczyna i pewnego dnia trudno uwierzyć, że to, na kogo zagłosowaliśmy dwa lata wcześniej ma coś wspólnego z faktem, iż na pikniku zaśpiewała Doda zamiast Kazika Staszewskiego.
Kiedy tej wiary brakuje, warto pójść na wybory choćby tylko po to, by zapewnić sobie czteroletnie prawo do narzekaryzmu. Miło ponarzekać. W samolocie, na dworcu, na urodzinach, w korku, kinie, w maju i tramwaju, świecie i berecie.
Autor:
sylwia.michalowska