Skojarzenia to przekleństwo...
Cham u władzy
Kiedy pierwszy raz pojawia się publicznie, wita się ze wszystkimi ostentacyjnie, najdłużej potrząsa ręką najmniej ważnych, lubi, kiedy mu przy tym robią zdjęcia. Niech świat wie, że nie gardzi ludem. Śmieje się głośno, tak by wszyscy słyszeli, że jest zadowolony, kompromituje publicznie innych i uważa to za świetny żart. Ostentacyjnie okazuje zainteresowanie kobietom, mlaskając przy tym głośno. Cham odnajduje się w każdej opcji politycznej, nieważne, czy ugrupowanie reprezentuje lud, czy inteligencję, dla takich jak on miejsce zawsze się znajdzie. To krótka charakterystyka współczesnego Nikodema Dyzmy. Ilu takich mamy dziś w polityce, tej wielkiej i tej małej.
Pan i władca
Najbardziej rzucającą się w oczy cechą Chama u władzy jest jego przeczulenie na punkcie opowiadanych wokół dowcipów. Cham słucha pilnie, po czym przez pół dnia analizuje, czy dowcip nie był czasem o nim albo nie miał w podtekście krytyki jakichś jego poczynań czy decyzji. Cham śmieje się szczerze tylko z dowcipów opowiadanych przez siebie samego, z innych śmieje się podejrzliwie. Jest także wyczulony na to, co mówi się wokół niego, pilnie dba o to, by nikt z jego współpracowników, a już na pewno podwładnych nie został tym, kogo zwykło określać się mianem "duszy towarzystwa". Cham nie po to mozolił się, by zdobyć władzę, nie po to latami całymi produkował wazelinę w najlepszym gatunku, by teraz ktoś "zjadał owoce jego trudu" i na przykład zabawiał towarzystwo na oficjalnym przyjęciu, kierując uwagę na siebie, a nie na Chama. Cham uwielbia otaczać się kobietami, szczególnie jeśli są dużo młodsze od niego i jego żony. Obejmuje je publicznie, przyciska niby przypadkiem do swojego boku i szepcze coś do ucha, od czego kobiety owe nabierają wyglądu talerza pomidorówki.
- Dokładnie tak zachowywał się burmistrz miasta, w którym do niedawna mieszkałam - mówi Dorota. - Miałam załatwioną pracę w urzędzie, załatwioną, bo o przyjęciu do pracybez załatwienia nie mogło być nawet mowy. Obiecano mi wspaniałą przygodę, miałam nabrać doświadczenia i trochę zarobić. To była tragiczna pomyłka, mimo że byłam protegowaną, traktowano mnie gorzej niż szmatę. Urząd zorganizowany był jak folwark, nie było mowy o tym, by ktoś podejmował jakieś samodzielne decyzje, nawet w najmniejszych sprawach, bez zgody burmistrza. Ciągła podejrzliwość, czy robiąc coś samodzielnie, nie uprawiasz korupcji, czy nie załatwiasz czegoś komuś za pieniądze lub prezenty. Przekręty odchodziły w tym urzędzie jak we wszystkich innych, ale prawo do nich mieli tylko urzędnicy od pewnego szczebla w górę. Do tego dochodziło coś, co zapewne w innych okolicznościach nazwane zostałoby molestowaniem, ale tam było po prostu okazywaniem zainteresowania przez pana burmistrza. Ten obleśny dziad gapił się na nogi każdej kobiety, która wchodziła do jego gabinetu. Wydał kiedyś zarządzenie wewnętrzne, że żadna pracownica nie może przychodzić do pracy w spodniach, a spódnice mają być powyżej kolan. Powiedział, że będzie wyrzucał z pracy, jeśli ktoś się nie dostosuje. Nikt się nie zbuntował, ja też nie. Nie wytrzymałam tego długo. Odeszłam do prywatnej firmy.
Mędrzec i wizjoner
Kolejną cechą Chama trzymającego ster władzy jest przeświadczenie o własnej nieomylności połączone z rozlicznymi kompleksami. Cóż to znaczy? Cham wie, że nic nie wie, ale pilnie słucha i obserwuje. Wie, że musi postępować tak, by mieć za sobą większość, oraz tak, by jego decyzje, słowa i myśli obracały się wokół spraw powszechnie ważnych i obchodzących ogół. Jeśli Cham usłyszał kiedyś, że trzeba budować ścieżki rowerowe, to będzie je budował choćby nie wiem co, choćby teren, którym zarządza, składał się z wielkoobszarowych upraw białej i czerwonej kapusty i niczego więcej. Podjazdów dla niepełnosprawnych Cham nie zbuduje, bo ci są zwykle w mniejszości i nawet jeśli przyjdą protestować pod urząd, to długo nie postoją, wszak są niepełnosprawni. Cham zawsze trzyma z większością.
Cham dba o propagandę, łoży z powierzonego mu budżetu na lokalne gazety, radio i telewizję, zatrudnia posłusznych dziennikarzy lub ludzi, którzy się za dziennikarzy uważają. W Chamskich mediach nie ma prawa ukazać się informacja, w której nie znajdzie się jego nazwisko w kontekście nie tylko pozytywnym, ale także entuzjastycznym. Krytyka, nawet najniewinniejsza, nie wchodzi w grę. Cham zaniedba wszystko, ale jego tuba propagandowa będzie się miała jak pączek w maśle, bo Cham dobrze wie, co jest najważniejsze w życiu - dobra opinia mianowicie.
- Pracowałem kiedyś w takiej gazecie - mówi Wojtek - to była komedia, myślę, że coś podobnego miało miejsce za Stalina. Wszystkie podawane przez nas informacje musiały mieć, niechby nawet w tle, nazwisko prezydenta miasta. On się bardzo przejmował, kiedy znalazł jakiś artykuł, a tam nie było o nim ani słowa. "Pamiętajcie, kto was karmi" - mówił nam wtedy przez telefon. A czasem to nawet wpadał do redakcji spojrzeć "gospodarskim okiem", jak idzie praca. W gazecie nie mogły się ukazywać informacje o tym, że coś złego dzieje się na terenie miasta, miało być, że jest super. Kolega napisał kiedyś reportaż o zatrzymaniu u nas groźnego bandyty. Wyleciał z pracy, bo "na naszym terenie ludzie są spokojni i pracowici". To było bardzo pouczające doświadczenie, myślę, że sytuacja w średniowiecznych folwarkach feudalnych wyglądała podobnie. Wynajęci ludzie spisywali na chwałę pana jego czyny i dokonania, a jeśli ktoś się sprzeciwił, wędrował do lochu. Niewiele się zmieniło.
Kłamca i kombinator?
Argumenty wytaczane przez Chama mają się zwykle nijak do rzeczywistości. Ktoś, kto przychodzi do niego załatwić jakąś sprawę, musi liczyć się z tym, że zostanie potraktowany z wazeliniarską uprzejmością, może nawet Cham zanotuje niektóre przedstawione mu uwagi, ale po wyjściu petenta na pewno nie będzie o nich myślał. On nie jest powołany na urząd po to, by załatwiać sprawy, on tam jest po to, by reprezentować pewien układ, stąd realne problemy obywateli go nie obchodzą. To jakieś nędzne istoty pełzające w prochu i pyle, które nie mają pojęcia, skąd wieje wiatr i kto rozdaje karty, ale on - Cham - wie to doskonale, ma więc wszystkie atuty po swojej stronie i nie widzi powodu, by przejmować się tymi, którzy takiej wiedzy nie mają.
- Jeśli ktoś myśli, że polityka lokalna jest choć na milimetr oddalona od centralnej, jest w grubym błędzie - mówi Jarek, dziennikarz lokalnego tygodnika. Samorządy są opanowane przez partie, których reprezentacje zasiadają w Sejmie lub walczą, by się tam znaleźć, walka o miasta i miasteczka jest ostra i bezpardonowa, z czego mało kto zdaje sobie sprawę, bo media centralne nie piszą tego, są podobno ważniejsze sprawy. Zastanawiam się jakie. Żeby wygrać wybory samorządowe, trzeba mieć dobre umocowanie "na górze". Nikt nie zwycięża ot tak sobie, bo ma fajny program. To walka o wpływy, w której nie ma litości. Niech mi ktoś spróbuje wytłumaczyć, jak to jest, że 70% wójtów i burmistrzów w województwie mazowieckim, najbogatszym w kraju, gdzie będzie najwięcej środków unijnych do podziału, wywodzi się z PSL. Jest to partia mało aktywna w Sejmie, w związku z tym media o niej nie piszą, "bo nie ma władzy". Trzeba być mocno niezorientowanym, by myśleć w ten sposób. Jak w każdym układzie, tak i w tym lokalnym najważniejsi są konformiści, to na nich spoczywa cała konstrukcja, to oni też najczęściej kandydują do władz lokalnych i to oni dzierżą realną władzę. Są miasta, gdzie komendant policji grzecznie słucha, co mu ratusz nakaże, bo ratusz jest ważniejszy niż jego zwierzchnicy z wojewódzkiej komendy, przede wszystkim jest bliżej. Są miasta, gdzie poszukiwanie pracy odbywa się jedynie przez wyznaczone agencje, które pobierają od poszukujących wysokie prowizje. Są miasta, gdzie prokuratorzy są zblatowani przez urzędników. To idealne środowiska do życia dla pogrobowców Nikodema Dyzmy w najróżniejszych wariantach i postaciach. Dyzma jest bowiem wiecznie żywy jak Lenin i nie zanosi się na to, by coś się zmieniło.
Rafał Majchrzak
tekst pobrano ze strony www.wiadomosci.o2.pl
Autor:
orwel